Home      Ziemiańskie zabawy w Nałęczowie
Ziemiańskie zabawy w Nałęczowie - 1913 r. 
 
     Sześćdziesiąt pań gospodyń prosi na zabawę i jakże tu nie podążyć do uroczego Nałęczowa, jakże się oprzeć tak miłej pokusie, gdy program zapowiada aż dwudniowe zabawy, a zaproszenie jest serdeczne i szczere.
 
Więc i człowiek z sercem szczerem
Już-ci sypje wnet kurierem
A od stacji... polską drogą
Człap i człap - noga za nogą
 
       Nic, nie, przesadzam, czuję, że mnie pegaz unosi, czasami przecież jechało się nawet gospodarskiego kłusika, ot, tak na przeplatanego z "noga za nogą", - szkapiny w "dorożkach" nałęczowskich mają tę zaletę, że są bardziej zrównoważone od pegazów i nie lubią ponosić, a i droga nie po obłocznym szlaku, lecz po naszem rodzimem błocie, stanowi należyty hamulec, gdy chodzi o fantazję - przede wszystkiem konia, potem woźnicy, no i w końcu - biernego w tym "tryumwiracie" pionka, jakim jest delikwent - pasażer.
     - Będzie od stacji do Nałanczowa ze siedm wiorst - objaśnia mnie "dorożkarz " - a na szosę to byłoby nie więcej, jak cztery.
     - Więc czego tamtędy nie jedziecie? - pytam zdziwiony
     - Oho tamby zabiuł i siebie i konia, rozbiuł bryczkę i pasażera (bryczka i pasażer to są pojęcia mniej więcej równoznaczne).
     Wdzięczny memu woźnicy, że nakłada drogi, żeby nie tylko siebie i konia ocalić, ale i bryczkę, a nawet mnie, słucham dalej ciekawej opowieści.
      - Zakład *) nie chce kamieni nawieźć i gmina też nie chce, a dawno kamienie się całkiem poprzewracały. Toci mówią, że to jeich prawo, a toci znów, że jeich i tak już gadaja od kilku lat. To i gości zjeżdża teraz mniej do Nałęczowa i nie dziwota, bo takiemu gościowi z miasta, co się najeździł po Otwocku za granicę, albo i po inszych miastach, przecie po takiej drodze nie chce się zabijać a na Czesławice, jak teraz jedziema, daleko dalsza droga, to i też nie każdy rad jechać.
       - A daleko do Czesławic?
       - A - o już bez nie jedziemy. Tak, jak zawsze, toby jechał prędko, tylko, że dziś rozmokło i droga mientka, ziemia dobra, więc każdy deszcz popsuje drogę, chociaż ja pan Lilpop naprawia. To jest pan! nie patrzy na gminę, nie chce szarwarku, sam reperuje, a lubi porządek, oj lubi! Zwali koni, wozów i narodu na drogę i już ja wyszykował... Gładziutka... jeno, że deszcz ją tera trochę popsuł, skaranie z tym pluskiem.
       - Snując różne refleksje na temat dróg pod Nałęczowem, dobrnąłem wreszcie do celu podróży, omal nie ulgnąwszy w błocie przy wjeździe do parku. Wszystko na świecie ma swój kres - kończą się i nasze cierpienia. Skończyła się droga i rozlokowałem się wygodnie w miłej willi "Widok", wyznaczonej dla mnie przez uprzejmych gospodarzy zabawy.
       - Ale czas, czas - słyszę muzykę - to Różewicz z Warszawy tnie od ucha, aż nogi człowiekowi same latają.
 
Każdy Polak ma to w duszy,
Że go taniec zaraz ruszy
Bo się wtedy same nogi
Odrywają od podłogi.
 
 
"Tir aux pigeons" w Nałęczowie. P. Bronisław Ordęga strzela 16 razy bez pudła.
 
       Oj, i prawdziwie polska dusza żyje w tych uroczych lubliniankach i dzielnych lubliniakach. Zrazu w melancholijnym walcu, a potem w poważnym kontredansie z rozwaga oszczędzano sił, żeby z całą energią wystąpić w naszym polskim, szczerym, a serdecznym mazurze.
        I długo, a ochoczo bawiono się, i już dawno świt ożywił wspaniałe drzewa i bujne krzewy parku świergotem zbudzonych ptasząt, gdy jeszcze tańczono w najlepsze, nie bacząc na to, że jutro, a właściwie już dziś, nowe zabawy i gry, a wieczorem nowe tańce czekają. Ale gdy ochota, to i siły się znajdą.
 
Hej, ochoczo w taniec miły,
Będzie życie, będą siły!
 
       A gdy już po białym mazurze przycichły ostatnie tony muzyki - wśród starych alei parku gdzieniegdzie dojrzeć można było samotne pary, wsłuchane snadź w śpiew słowików i wpatrzone w tajemne głębiny rozmarzonych oczu...
 
*
                                                                                               *                                                                *
 
       Drugi dzień zabaw...   Od południa tennis - panie i panowie w białych, lekkich kostiumach zręcznie zwijają się po placu, piłki - dobrze serwowane odrzuca rakieta, kierowana sprawną dłonią przeciwnika. Nieraz wędruje piłka po kilkanaście razy, zanim się zrobi aut, lub zanim uniknie przeciwnej rakiety. Na tennisie nie zawsze jednak panuje angielski spokój - i taniec i tennis w lubelskiem widać jest polski - wesołość, ożywienie i...  przekomarzanie się czasami. Tak, tak słyszałem i mam na to świadków. Natomiast druga część towarzystwa wybrała sobie spokojniejszą rozrywkę. Zwiedzano miejscowe muzeum, szkołę dla dziewcząt wiejskich i zakład. Muzeum w Nałęczowie , noszące nazwę  " Muzeum Ziemi Lubelskiej", to owoc wytrwałej i celowej pracy d-ra Lasockiego, z jego inicjatywy założone i głównie jego staraniem i w znacznej nawet części z jego funduszów. Widzimy tam bogaty dział etnograficzny i przyrodniczy z szczególnem  uwzględnieniem
fauny i flory lubelskiej. Niemal wszystko to mamy do zawdzięczenia pracy szanownego doktora.
       Szkoła tkactwa i gospodarstwa dla wiejskich dziewcząt, to również jeden więcej z widomych dowodów kultury w lubelskiem. Prowadzona przez miejscowe Koło Ziemianek, wzorowo utrzymana z uwzględnieniem ostatnich wymagań higieny, jest pożyteczną placówką, której najbliższe kierownictwo leży w rękach panny Serwantowskiej, całą duszą oddanej szkole i jej wychowanicom. Zwiedziliśmy również dobrze urządzony Zakład Leczniczy w Nałęczowie, świadczący o staraniach zarządu i pp. lekarzy, ze stojącym na czele doktorem M. Glińskim. Po zwiedzeniu towarzystwo rozsypuje się po parku. Wtem słychać strzały... To już na łąkach za parkiem odbywa się tir  aux pigeons, ale gołębie - sztuczne, bo panie nie pozwoliłyby strzelać do żywych. Doprawdy, dobre serduszka mają nasze panie. Sufrażystka angielska na pewno nie tylko ministra, ale nawet i gołębia własnoręcznie zabiłaby z największą satysfakcją.
 
Nasze panie mówią: "Wara,
Za zabicie będzie kara - 
Kto w gołębie strzeli skrzydła,
Ten wnet wpadnie w nasze sidła".
 
       Widać, że jednak panowie przestraszyli się tej groźby, bo strzelano wyłącznie do sztucznych gołębi, chociaż... wieczorkiem paru śmiałków ryzykantów "zrobiło" pod sekretem kilka prawdziwych gołębi. Są jednak odważni ludzie na tym świecie. Pierwsze miejsce w strzelaniu zdobył p. Ordęga z Trojanowa, drugie - p. Czciński z Leśc. W ogóle, zaznaczyć należy, że wszyscy współzawodnicy wykazali się, jako wprawni i dobrzy strzelcy.
       Po wesołem i ożywionem śniadaniu, uczestnicy bliskiego już corsa kwiatowego ulotnili się dyskretnie, żeby przystroić kwieciem pojazdy i konie. Oj! była to praca, była, boć to nie tylko cierpliwości trzeba przy upinaniu niezliczonej ilości bukiecików i oddzielnych kwiatków, ale i poczucia artystycznego, żeby przecież zaprzęg "do ludzi" był podobny. A gdy zginął na dobre i pan Gustaw Świda, zaciekawienie wzrosło niepomiernie... Opowiadano sobie, że jakoby nie lada niespodziankę miał szykować i najfantastyczniejsze na ten temat snuto przypuszczenia.
 
Corso w Nałęczowie. "Szydło" p. Gustawa Świdy z Wierzchowisk. Nagroda I.
 
       Już pojazdy wjeżdżają: Włodzimierz hr. Scipio del Campo z Brzezic wiezie 2 urocze galicjanki  - amerykanem, przystrojonym w białe margerytki, na siwych koniach rzucono bukiety z czerwonych maków; p. Jan Orsetti z Siennicy Rózanej - amerykan w parę kasztanów, przybranie z żółtych margerytek; p. Jan Kowerski z Olszanki Krzywe - fiakr wiedeński, szpaki, przybranie z białych żywych bzów; pani Halina Iłłakowiczowa z Łazisk - powóz bez artystycznego przybrania kwieciem, lecz za to artystyczne powożenie, samej pani dobraną czwórką; p. Bronisław Lilpop z Czesławic - doccuart, przybrany żółtymi słonecznikami. Dalej - gustownie przybrane ekwipaże p. Leona Gosiewskiego z Radlina, p. Wołk-Łaniewskiego z Bronic i inne, parę ekwipaży zakładowych i z zamiejscowych - amerykan p. Konstantego Bontemps z Turowa w Siedleckiem, zaprzężony w bardzo dobrą parę, którą z zacięciem powoził sam właściciel. A p. Świdy jak nie widać, tak nie widać - zaciekawienie wzrasta... Już batalia kwiatowa rozpoczęła się na dobre, już urocze kwiaciarki rzucają bukiety bzów, róże i chaber.
       Naraz poruszenie... słychać głosy: "już jedzie... o tam... tam..." Tak, to p. Gustaw Świda z Wierzchowisk powozi amerykanem przeistoczonym w piękny kosz kwiatów, w którym jaśnieją dwie cudne róże... w błękitnych tualetach; amerykan zaprzężony w szydło - dwa złoto-gniade w dyszlu i szpak na przedzie; wszystko artystycznie przybrane parmeńskimi fiołkami i białemi różami. Zaiste, zgotował p. Świda prawdziwą niespodziankę! I łączy się już ten nowy pojazd z innymi, wpada w wir walki kwiatowej - sypią się wkoło róże, bzy i chabry  - batalia na całej linii. Jak było do przewidzenia - pierwszą nagrodę zdobył p. Świda, dwie drugie - hr. Scipio del Campo i p. Jan Orsetti, trzy trzecie nagrody przypadły w udziale: p. Kowerskiemu, p. Iłłakowiczowej za świetne powożenie i p. Lilpopowi. Nagrodzonych witano rzęsistymi oklaskami.
       Po corsie jeszcze strzały do sztucznych gołębi i wówczas to przeszła kontrabanda z kilku żywych sztuk... bo pań o gołębich sercach, niestety przy tirze nie było.
 
 
Corso w Nałęczowie. Kłusaki hr. Włodzimierza Scipio del Campo z Brzezic. Nagroda II.
 
       Wieczorem znów bal. I znów pod dzielną wodzą p. Lilpopa, p. Świdy, hr. Scipio del Campo i p. Bontemps bawiono się ochoczo aż do rana. Organizatorki i organizatorowie zabaw, panie: Bronisławowa Fudakowska z Uhra, Józefowa Florkowska z Fajsławic, Bronisławowa Lilpopowa z Czesławic, Józefowa Budnowa z Rejowca i Janowa Kowerska z Olszanki, oraz panowie: dr. Lasocki, Bronisław Lilpop, Gustaw Świda, Jan Orsetti i Włodzimierz hr. Scipio del Campo nic nie mają sobie do wyrzucenia, wszystko bowiem udało się znakomicie - była i zabawa i do kas miejscowych zakładów dobroczynnych "bez karoty" wpłynęło sporo grosza, za co najszczersze podziękowania należą się p. B. Lilpopowi, który, jako główny organizator, nie szczędził pracy i czasu, żeby za jednym zamachem stworzyć tradycję zabaw nałęczowskich na wzór wileńskich "Achów".
*
                                                                                                 *                                                          *
 
       Z Nałęczowa do Warszawy wracałem aż... w 45 koni! Ale nie myślcie, żebym znów miał być taki ciężki, że mnie aż 45 rumaków ciągnęło. Koniska te , choć są równie silne, jak nasze zwykłe, lecz "zaprzęga" się ich aż tyle, żeby możliwie wielką szybkość wyciągnąć, karmią się zaś nie owsem, lecz... benzyną.
       Korzystając więc z uprzejmego zaproszenia p. Pawła Bitschana, powracałem samochodem, kierowanym doświadczoną i sprawną dłonią samego właściciela. Wyruszyliśmy w nocy - dwoje acetylenowych oczu oświetlało wyboje, doły i parowy, trzy mile bowiem trzeba było jechać boczną drogą, zanim benzynowe nasze konie wpadły na szosę pod Garbowem.
       Na wyboistej drodze, choć jechaliśmy z szybkością nie większą jak 20 -25 wiorst na godzinę, troskliwy o moje kości p. Bitschan zalecał wciąż bym się mocno trzymał i nie bez racji - maszyna bowiem skakała miejscami na łokieć w górę, a z nią i ja o takąż odległość zbliżałem się ku obłokom. Przy przejeździe przez wieś witano nas słowami, w których brzmiała jakby pewna nuta ironii lub żartu: "Jaksiemocie!" "Dobranoc wom!" "Czy daleko do piekła?" "Hu-uu-uu!" Chłopek nasz nie ma jeszcze wielkiego przekonania do "maszyny", a choć niby coś wie o benzynie, jednak raczej większą wiarą cieszy się u niego "hypozeza" o sile nieczystej lub diable "śmigającym maszynką".
       Jedziemy bardzo wolno przez jakąś błotnistą wioszczynę, naraz p. Bitschan wali z rewolweru w powietrze... po strzale za samochodem spadło coś w błotnistą kałużę.
       Co się stało? co?
Nic, tylko gdy samochód zwalnia biegu, lubią się wyrostki czepiać z tyłu. A strzelić - spadnie taki od razu, jak gruszka i unurzany w błocie z przestrachem zmiata do chałupy .
 
Corso w Nałęczowie. Czwórka p. Haliny Iłłakowiczowej z Łazisk, powożona przez właścicielkę. Nagroda III.
 
Lepiej tak zawczasu nastraszyć i "odbić" od samochodu przygodnego pasażera, niżby go potem na lepszej drodze maszyna szybkością swą miała cisnąć na ziemię i może potłuc śmiertelnie.
       Ale już i Garbów, szosą dojedziemy do samej Warszawy, 150 wiorst dzieli nas od stolicy. Krótki postój w Garbowie, trzeba bowiem zapalić wielki tlenowy reflektor, acetylenowe latarnie nic nie znaczą, gdy jedzie się w nocy z szybkością 100 lub więcej wiorst na godzinę.
       I na raz cud istny... Szosa, niemal w dziennym świetle zostaje skąpana na przestrzeni 2/3 wiorsty!
       - Czy pan się nie boi szybkości? - pyta mnie uważny i przezorny właściciel samochodu.
       Odpowiadam zachęcająco. Tyle tylko trzeba było dla p. Bitschana.
       - Jedziemy - rzucił krótko.
       Maszyna ryknęła, zakotłowało się, zaszumiało...
       Czerwony potwór benzynowy pędzi już w smudze oślepiającego światła. Pęd wichru uderza, siłą swą chce nas powstrzymać - lecz daremna praca - potwór wrzyna się w wichrowe wiry, szum, świst, bezskuteczna walka żywiołu z wytworem geniuszu ludzkiego. Bezradny wicher w chaotycznym wysiłku trzęsie koronami przydrożnych drzew... gdy je w pędzie mijamy - szumią liśćmi, pochylają się, lecz gdyśmy przejechali, już się dumnie wyprostowują i tylko szepcą coś, może "dobranoc wam", a może "czy daleko do piekła?" Obielone kamienie przydrożne uciekają przed wzrokiem tak szybko, że liczyć ich nie można; próbowałem: raz, dwa, trzy... ale gdzie tam, już jest siedem... jedenaście... daremna praca. Na pół wiorsty albo i więcej przed mijaniem furmanek maszyna trąbi i ryczy - nie zdążyliby się namknąć... przerażony woźnica zjeżdża co prędzej na bok, zeskakuje i chwyta konie za wędzidła u pysków... ledwo zdążył - już go rozszalały potwór minął i na pastwę w ciemności w pomroku nocy pozostawił.
       Naraz wystrzał... to guma nie wytrzymała parcia i na ostrych kamieniach pękła. Tu dopiero miałem prawdziwą sposobność przekonać się o mistrzowskim prowadzeniu samochodu. W tym zawrotnym biegu hamuje p. Bitschan maszynę, tak manewrując jednocześnie kierownikiem, żeby się samochód nie przewrócił.
       Stanęliśmy. Właściciel, szofer i (muszę się pochwalić) ja - pracowaliśmy rzetelnie przy naciąganiu gumy i zakładaniu koła.
       - Wszystko gotowe - i znów, jak przedtem, pędzimy do Warszawy.
       Na kilka mil przed Warszawą mijamy całe szeregi rachitycznych wozów z żydostwem, wiozącem drób na targ, to znów szeregi wozów ładowanych sianem - szerokich na pół szosy a w górę ledwo, że odrosłych od ziemi - na furze chłop drzemie - koń zaś, swoim przemysłem zmierza ku Warszawie. Mijając takie fury z woźnicą spoczywającym w objęciach Morfeusza, trzeba się mieć na ostrożności, łatwo bowiem może przyjść do łba nawet najroztropniejszemu koniowi, żeby zajechać drogę swym benzynowym konkurentom. Ryk samochodu, lub odgłos trąby, zbudzi nieraz woźnicę - lecz to bardzo niebezpieczne przebudzenie. Rozespany chłopek z przestrachu może spaść z woza, lub wóz skierować pod bieg maszyny. Sprawna jednak dłoń kieruje samochodem - to też wszelka możliwość wypadku niemal, że jest wykluczona. Większe niebezpieczeństwo czyha na woźniców ze strony podmiejskich opryszków lub bandytów, niż tych "latających diabłów", jakimi są w ich pojęciu samochody.
       Wczesny ranek srebrzył już drogę, gdyśmy z dala ujrzeli  panoramę syreniego grodu.
       Niedaleko od celu podróży chwycił nas w pędzie... ale któż mógł nas chwycić?! Tylko fotograf na migawkę 1/1000 sekundy, do swego aparatu.
 
 
Z powrotem z Nałęczowa do Warszawy - 110 kilometrów na godzinę...
 
       Na drugi dzień miałem od wiatru oczy czerwone, jak u królika i od jazdy pięć kresek ponad 37 gorączki.
       W każdym razie prawdziwą satysfakcję daje jazda, gdy kto tak świetnie jak p. Bitschan "powozi" bez bata w 45 rozhukanych koni.
       Oto w jaki sposób przywiozłem do Warszawy garść wrażeń nałęczowskich.
 
Walenty Zieliński                                     
 

Wspierane przez Hosting o12.pl
Najlepsze strony historyczne