Home      Moje wspomnienia z 1863 roku

Stefan Brykczyński                                                                                                                            Moje wspomnienia z 1863 roku (pisownia oryginalna) 

Już o kilkanaście wiorst od Puław zaczęły się drobne utarczki, głównie z dragonami, którzy jednak nie zdołali nas od Wisły odciąć. Pod    samemi Puławami dragoni nas dopadli i wraz z niewielką ilością piechoty usiłowali zatrzymać, ale nasi dragoni Gromejki i reszta kawalerji gwałtownem natarciem odsadzili ich od furgonów, na które głównie nacierali, niby kota od mleka, dawszy im takie: "a zasię", że się cofnęli kawał drogi. W tej potyczce padło naszych sporo; szczególnie żal było wszystkim huzara austryjackiego, rotmistrza Cybulki, który ciężko ranny, o mało się do niewoli nie dostał.
     Wskutek tego dzielnego odparcia, kawalerja rosyjska, trzymana w szachu przez naszą, gryząc palce ze złości, musiała się przez parę godzin przypatrywać, jak cała partja w największym porządku przeprawia się przez Wisłę, tak, że nawet ani jeden furgon nie został, a ostatnie szeregi kawalerji, wsiadłszy na pozostawione dla nich promy, trzymając konie, płynące w wodzie, za cugle, tak się szczęśliwie przeprawiły, ostrzeliwując się z owych promów, że tylko kilku ludzi stracili, bo piechota nasza rozsypała się momentalnie na drugim brzegu i stamtąd celnym ogniem, mimo oddalonej mety, przez Wisłę raziła następujących dragonów i piechotę. Ta przeprawa przez Wisłę pod ogniem nieprzyjaciela, co się nawet staremu wyćwiczonemu żołnierzowi nie zawsze szczęśliwie udaje, wyrobiła nam sławę nietylko u nas, ale i nieprzyjaciół, którzy mówili, że jesteśmy "mołodcy". W czasie tej bitwy byłem w okolicznościach, któremi się nawet stary, wytrawny, żołnierz poszczycić rzadko może. Albowiem bić się w polu, w lesie, w fortecy i t. d., to się każdemu żołnierzowi zdarzyć może, ale bić się w towarzystwie panien, pijąc kawę i jedząc ciastka, to się rzadko zdarza.

W owych czasach nad samą Wisłą stał ogromny magazyn solny, w którym były i mieszkania prywatne. Wpadli tam zaraz po przeprawieniu się przez Wisłę żuawi i ja z nimi, zabrawszy ładunki i karabin od jednego rannego. Przyjęto nas nader gościnnie i uczęstowano doskonałą kawą z ciastkami, którą pijąc i prowadząc rozmowę z paniami, paliliśmy przez okna do nieprzyjaciela z drugiej strony rzeki stojącego, oni - do nas. Taka rozmowa przy wizjerach na 1200 kroków ustawionych trwała kilka godzin, aż do nocy. Na ugaszczające nas panie, puławianki, huk karabinów i dym prochu nie tylko nie robił żadnego przykrego wrażenia ale owszem, jakby dodawał wesołości. Tłumaczyliśmy paniom znaczenie wizjerów,elewację, trajekcję polotu kul, sypały się żarciki, wogóle było nader wesoło i przyjemnie.


Magazyny i spichlerze nad Wisłą w Puławach. Rys. Aleksander Gierymski
 
Starano się tylko unikać stawania na przeciwko otworów okiennych, ale żadna kula nie była na tyle niegrzeczna, żeby wpaść do pokoiku, choć w zewnętrzną ścianę uderzały od czasu do czasu, albo też z przeciągłym świstem szły gdzieś górą, albo warcząc, rykoszetowały po dachach i kominach. Cała ta bojowa muzyka dodawała tylko pewnego uroku niebezpieczeństwa do rozmowy. Ciekawym bardzo, czy też żyje jeszcze która z tych nadobnych puławianek, bo jeżeli żyje, to z pewnością tę pogawędkę pamięta. My ostrzeliwaliśmy się z rzadka, kazano bowiem oszczędzać ładunków, a strzelać tylko o tyle, ażeby nieprzyjaciela, ukrytego za wałem, po drugiej stronie Wisły leżącym, w powinnej grzeczności utrzymać i nie dać mu się zanadto na brzegu rzeki panoszyć.
 
Jak tylko więc jeden, lub kilku z zza wału wyszło i ku brzegowi się zbliżali, wnet słuszną admonicję z kilku lub kilkunastu sztucerów dostawali, co na nich taki wpływ wywierało, że jak sarny nazad do legowiska wracali, choć rzadko, który co oberwał. Lecz z ich strony prochu nie żałowano i bodaj czy to nie o tej potyczce był zdany ten historyczny raport "smotria po czystu wypuszczennych patronow, potiery miateżnikow dołżny byt wieśma znaczytielny". Ja jednak cały ten czas strzelać nie mogłem, bo po pierwszych paru wystrzałach zaczęła mnie ręka boleć.Jak tylko ściemniało, rozległy się trąbki na wymarsz, więc pożegnawszy się serdecznie z naszymi paniami, ruszyliśmy w drogę. Jużeśmy się wysunęli z miasta, kiedy patrzę: zapomniałem rewolweru! Więc w lewo w tył i nazad, zabieram swój rewolwer i wracam, akurat mijam arjergardę kiedy mój wierzchowiec zaczyna się jakoś stawiać, zaledwie z niego zeskoczyłem, upadł. Zauważyłem wprawdzie jakieś głuche palnięcie i drgnienie biednej szkapy, ale że strzałów ani świstu kuli wśród turkotu jadących kłusem kilkunastu wozów nie słyszałem, więc w pierwszej chwili zgłupiałem. Dopiero krew z boku konia obficie się lejąca dowiodła, że to jakaś błędna kula taką mi krzywdę wyrządziła. Żal mi się zrobiło okropnie biednej szkapy bo mam już taką naturę, że się do ludzi i zwierząt przywiązuję, czego potem nieraz gorzko żałować przychodzi.
 
Rozkulbaczywszy biednego "dragona" odciągnęliśmy go w kilkunastu ludzi na bok, a że niektórzy mówili, że może się z tego jeszcze wylizać, więc go jako tako opatrzyłem i już piechotą za partją ruszyłem, a dobrawszy się do swego furgonu, z rozpaczy zasnąłem, tak iż już dobrze słońce przypiekało, kiedym się zbudził. Ręka mnie znowu zaczęła trochę boleć, jechałem tedy na owym furgonie i w dzień i w nocy, bo mi doktór kazał wziąć rękę na temblak i czas jakiś nic nią nie robić. Dano mi tymczasem jakąś podłą szkapę, na którą siadać niewielka ochota mnie brała, dopiero później dostałem od pana Seweryna Moraczewskiego ślicznego, zgrabnego konika, ubranego we wstążki i kwiaty, lekkiego i zwrotnego, na którym już do końca kampanji jeździłem.
 
 
Wspierane przez Hosting o12.pl
Najlepsze strony historyczne